archiwum publikacji

Styczeń 2019
Po Wt Śr Cz Pi So Ni
« Grudzień
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31 1 2 3

20.12.2018|Inne

Ja, miasto

foto - Ja, miasto

Uwagę naukowców od pewnego czasu przyciągają mikroorganizmy zamieszkujące organizm człowieka. Organizm bowiem, oprócz tego, że jest domem dla nas (cokolwiek to znaczy w rozumieniu duchowym czy naukowym), jest też domem dla wielu mikroorganizmów. Jak wielu?
 
Odkąd się rodzimy, bakterie próbują uczynić swoim domem każdą „wystawioną” dla nich część naszego ciała. W wieku trzech lat stajemy się domem dla około stu trylionów komórek bakterii. Dodam, że trylion to jedynka i osiemnaście zer. Około 500 gatunków bakterii zadomawia się w naszym wnętrzu na stałe, choć skład „społeczeństwa” bakteryjnego jest dla każdej osoby inny. Najpodobniejsze są składy bliźniąt jednojajowych. W samym układzie pokarmowym dorosłego człowieka jest około 1,5 kilograma bakterii. Co pewnie jest dobrą wiadomością dla tych, którzy regularnie się ważą, bo mogą sobie odjąć półtora kilo jako nie swoje. 
 
W 2010 roku profesor Knight i jego zespół przebadali florę bakteryjną z klawiatur komputerów. Okazało się, że nawet nasza klawiatura ma swój układ bakteryjny, inny niż układ użytkownika siedzącego obok nas. Na samej klawiaturze jest blisko 100 razy więcej genów niż zawiera nasze DNA!
— 90% tego, co zwykliśmy nazywać NASZYM organizmem, zawiera genom bakteryjny, a nie ludzki! – kwituje Knight. 
Tak czy owak sporo tego. Te „kolonie” czują się w nas raz lepiej, raz reagują na zmiany otoczenia panicznie. Zmiany w diecie, zmiany pór jedzenia czy nawet rodzaj przyjmowanego pokarmu powodują tam istne trzęsienia ziemi.
Czy wobec tego są na tyle głupie, że biorą życie takim jakie jest, czy raczej będą próbowały wpłynąć na świat, żeby trochę poszedł im na rękę? Otóż wygląda na to, że druga opcja jest bliższa prawdy. Mikroorganizmy w ciele zdają się mieć subtelny wpływ na nasze emocje, nastroje, a być może nawet cechy osobowości! Za chwilę przekonamy się, że bakterie układu pokarmowego mają wpływ nie tylko na trawienie, ale także na ekspresję genetyczną w mózgu, a tam zapamiętywanie czy uczenie się. Z drugiej strony badania pokazują, że część wahań nastroju może zostać „wyregulowana” za pomocą… probiotyków! Jak to wszystko możliwe?
 
Przede wszystkim przez to, że bakterie te biorą czynny udział w procesie trawienia i wchłaniania polisacharydów i białek. Syntetyzują także część aminokwasów, których organizm nie potrafi wytworzyć sam, a nawet… bronią terytorium przed chorobotwórczymi bakteriami! Co za dzielne maluchy! Skład ich „kolonii” jest więc dobrym wskaźnikiem ogólnego stanu zdrowia. Ich różnorodność spada z wiekiem i w trakcie chorób. A wraz ze spadkiem ich różnorodności na przykład… łatwiej przybrać na wadze! No, dobrze. Ale gdzie tu ten wspomniany kontakt z mózgiem?
 
Wszystko, co kojarzy się Państwu z „wewnętrznym” przeczuciem, często kojarzy się z brzuchem. Albo „motyle w brzuchu”. Albo „smutne to, że flaki się przewracają”, „ale mnie gniecie w dołku”, „muzyka prosto z trzewi”… Coś tam w tych trzewiach najwyraźniej emocjonalnego jest! Część z nas doświadczyła kiedyś tak silnego stresu, że układ trawienny nie pozostał wobec tego faktu obojętny. Wiele dowodów wskazuje na to, że układ pokarmowy wysyła do mózgu wiele nie dających się zignorować sygnałów! Za pomocą nerwu błędnego (tego samego, który „pomaga” wielu z nas podczas choroby lokomocyjnej) impulsy wnętrza ciała pędzą po kablach neuronów prostą drogą do mózgu. Nerw błędny nazywa się tak, ponieważ z daleka wygląda jak ślepa uliczka. Wychodzi z mózgu i kończy się tak… nigdzie konkretnie. Jakby dojeżdżał do żołądka i tam się rozwidlał nie wiadomo po co. Dziś jednak zaczynamy powoli rozumieć, jak złożoną pełni funkcję. Tworzy on mianowicie połączenie mózgu z układem pokarmowym, zwane osią mózgowo-jelitową. Okazuje się, że 90% sygnałów płynie tam w jednym kierunku: od jelit do mózgu. Jedynie 10% w drugą stronę. Wygląda więc na to, że trzewia są niemałymi gadułami i mają poważny wpływ na to, co się w mózgu „rodzi”.
— Istnieje autonomiczny jelitowy układ nerwowy. Mamy zatem drugi mózg! - Jak twierdzi dr n. med. Paweł Grzesiowski, prezes fundacji Instytut Profilaktyki Zakażeń. - Zawiera on od 100 do 500 mln neuronów, co oznacza, że jest... wielkości mózgu kota! Ten „mózg" mieści się w naszym jelicie, reguluje pracę całego układu pokarmowego i reaguje na lokalne sygnały, między innymi od bakterii. Produkty ich metabolizmu powstające w obrębie jelita wędrują nerwem błędnym bezpośrednio do mózgu. 
 
Już w 1930 roku dermatolodzy postulowali łączność zachwiania flory bakteryjnej skóry z depresją, uważając, że trądzik nie jest przyczyną depresji wyłącznie dlatego, że się gorzej wygląda. Doszukiwali się raczej zachwiania równowagi flory bakteryjnej w układzie pokarmowym, która zwiększa nadmierną przepuszczalność wszystkich szkodliwych substancji w organizmie, powodując łuszczenie skóry, ale też wpuszczanie toksyn do mózgu. Zalecali wtedy podawanie produktów mlecznych z Lactobacillus acidophilus i mieli przy tym niebagatelne wyniki. Dzisiejsze badania pod kierunkem doktora J. Bienenstocka potwierdzają tę teorię.
 
- Nie jest też wykluczone, że w jakiś sposób bakterie na naszej skórze komunikują się z tymi w środku – dopowiada Bienenstock. – Nie jest bezzasadnym uważać, że jeszcze gdzieś są jakieś bakterie, które biorą w tym wszystkim udział. Może istnieje jakaś konfiguracja bakteryjna, która wręcz buduje dobre samopoczucie? 
 
Jeśli teraz już, Szanowny Czytelniku, myślisz o odrobaczaniu i bakteriach nieco inaczej, wiedz, że powoli wkraczasz do klubu zwolenników hipotezy higienicznej. Sformułowana ona została w 1989 roku przez doktora Davida P. Strachana i opublikowana w „British Medical Journal”. Głosi natomiast, że układ odpornościowy człowieka działa optymalnie, kiedy jest stymulowany przez organizmy o niskiej patogenności. Czasem mówi się o tej teorii potocznie jako o „teorii starych przyjaciół”, ponieważ organizmy te współrozwijały się z nami i współtworzyły nasz organizm (który w końcu zadecydował, by wejść z nimi w ugodę) od początku ewolucji. Coś za coś. 
Przypomina to nieco pewną historyczną anegdotę. Podczas wojny secesyjnej Abraham Lincoln w pewnym momencie posądzony został o to, że zbyt próbuje zrozumieć i wytłumaczyć wrogów z Południa. Odparł wtedy:
— Każda wojna może się skończyć tylko na dwa sposoby. Zniszczeniem wroga albo spowodowaniem, żeby stał się twoim przyjacielem.
— Ale to jest nasz wróg. I trzeba go zniszczyć.
— Ale – zripostował Lincoln – czyż nie niszczę swych wrogów, kiedy robię z nich przyjaciół?
 
Być może to się właśnie stało ewolucyjnie z niektórymi, lżejszymi pasożytami, którym ewolucja podpowiedziała, co mogą alternatywnie organizmowi zaoferować. Dziś metody leczenia chorób pasożytami nazywa się helmintoterapią. David P. Strachan zauważa, że organizm nie jest sterylnym monolitem. Jest raczej jak las deszczowy, jak ekosystem, jak miasto. I im bardziej eliminujemy z niego grupy organizmów, z którymi przez miliony lat się kształtował, tym bardziej chwiejemy jego równowagą. Nie chodzi o to, żeby wrócić do skrajnego brudu, picia wody z kałuż i zabawy w rynsztoku, ale w drodze do zwiększania higieny życia, być może zaczęliśmy wykluczać z ciała także organizmy, które powodują, że lepiej się czujemy. 
 
Mamy na sobie i w sobie 3–4 razy więcej komórek obcych organizmów niż naszych komórek własnych. Większość z pasażerów znajduje się w układzie pokarmowym – ich liczba i skład zależne są od tego, co jemy i jak jemy, jakiej jesteśmy wielkości, itd. Nie jest niczym niezwykłym fakt, że mikroorganizmy próbują sobie pomóc, wpływając na zachowanie żywicieli. Ewoluowały z nimi, nie wszystkim idzie idealnie, ale niektóre wpasowały się na pełne 100%. U nas, ludzi, dobrym tego przykładem są mitochondria, które mamy w komórkach ciała. Mitochondria to prawdopodobnie pozostałości po organizmach podobnych do dzisiejszych bakterii, które żyły wewnątrz komórki i znalazły sposób, żeby się razem z nią replikować. 
 
Z innej beczki: od 5 do 8% naszego DNA to materiał endogennych retrowirusów, którymi zaraziliśmy się zapewne dawno w przeszłości i tak już zostały. Do niedawna sądziliśmy, że to po prostu nieaktywne śmieci. Jakież było zdziwienie naukowców, kiedy w 2015 roku zespół badaczy z Lund University w Szwecji wykazał, że to DNA dość często się aktywuje. I to zwłaszcza w komórkach mózgu, które są najbardziej funkcjonalnie plastyczne. Tak jakby (być może) wirusy od środka kontrolowały rozwój komórek nerwowych. To ciekawa obserwacja, ponieważ ma szansę wskazywać, że wirusy po części regulują, w jakim kierunku zmieni się mózg w ciągu życia. 
Cały opisany galimatias może napawać nas lekką paniką – ktoś nas próbuje kontrolować! Nie jesteśmy jednym organizmem, ale raczej statkiem kosmicznym, planetą, urbanarium, unią państw, która podróżuje przez świat. Straszne? Możliwe. Ale może też napawać i spokojem, bo nie tylko nam zależy na dobrej kondycji organizmu i nie tylko my walczymy z atakującymi nas obcymi drobnoustrojami. Jest nas tam w środku cała masa, która próbuje dobrze pożyć jak najdłużej. I póki dobrze gospodarujemy zasobami nic się nikomu nie dzieje.

Chcesz korzystać z Ciepła Systemowego?

Zapytaj dostawcę ciepła w swojej okolicy czy jest to możliwe